piątek, 28 grudnia 2012

Praca po znajomości.

Od dwudziestu lat pracuję w urzędzie miasta w Katowicach i naprawdę miałam wiele przypadków, w których ludzie prosili mnie o jakieś przysługi. Czasem większe, czasem mniejsze, czasem powołujące się na wieloletnią znajomość, czasem takie, które miały wynikać niewątpliwie z mojego dobrego serca i współczucia. Kiedy wiedziałam, że mogę pomóc i nie zrobię nic, co jest wbrew etyce pracy, oczywiście pomagałam, no bo dlaczego nie? Mój tata zawsze mnie uczył, że jeśli wiesz, że możesz pomóc, to pomóż, tylko nie obiecuj czegoś, czego możesz nie spełnić. I tak właśnie postępowałam przez całe moje życie, również zawodowe.
Niektóe rzeczy zmieniły się jednak po tym, jak moja córka zaczęła studia Katowice i poznawała coraz więcej osób. Opowiadała mi zawsze o tych wszystkich znajomościach, relacjach, mężczyznach czy koleżankach, streszczała ich historie, a ja cieszyłam się, że moja jedynaczka ma przyjaciół, z którymi może się spotykać, pogadać, czy wśród których znaleźć w końcu wartego siebie chłopaka.
Któregoś razu, kiedy tak rozmawiałyśmy, opowiedziała mi o swojej koleżance, która studiuje administracja Katowice i która, kiedy dowiedziała się, gdzie ja pracuję, zaczęła męczyć moją córkę o to, żeby prosiła mnie, żebym załatwiła jej praktyki, staż albo najlepiej płatną posadę u nas w urzędzie. Spojrzałam na moją Magdę trochę zdziwiona. Przez tyle lat pracy chyba jeszcze nie spotkałam się z taką prośbą, no bo zawsze były jakieś nieprzekraczalne granice i nikt nigdy nie był aż tak pewny siebie, żeby pytać mnie o coś takiego. Wytłumaczyłam mojej córce, że nigdy nie robiłam takich rzeczy i nie zrobię wyjątku dla jej koleżanki. Jeśli chce, może przyjść do nas i zapytać o staże i tego typu rzeczy, potem złożyć CV i wykorzystać swoją szansę na rozmowie kwalifikacyjnej. Córka przyznała mi rację i przeprosiła, że w ogóle zawraca mi głowę. Dodała potem, że teraz każdy tak załatwia sobie start w przyszłość i nie ma w tym już nic gorszącego. „Trzeba sobie jakoś radzić, mama.” - tak właśnie mi powiedziała, a ja trochę się zdziwiłam, no bo do czego to doszło? Mam rozumieć, że bez znajomości już nic się nie uda? Albo uda, ale na tyle późno, że wszyscy inni będą już kilka kroków naprzód? Tak teraz wyglądać ma życie i kariera naszych dzieci? Trochę przerażająca perspektywa, naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz