Od dwudziestu lat pracuję w urzędzie miasta w Katowicach i naprawdę miałam wiele przypadków, w których ludzie prosili mnie o jakieś przysługi. Czasem większe, czasem mniejsze, czasem powołujące się na wieloletnią znajomość, czasem takie, które miały wynikać niewątpliwie z mojego dobrego serca i współczucia. Kiedy wiedziałam, że mogę pomóc i nie zrobię nic, co jest wbrew etyce pracy, oczywiście pomagałam, no bo dlaczego nie? Mój tata zawsze mnie uczył, że jeśli wiesz, że możesz pomóc, to pomóż, tylko nie obiecuj czegoś, czego możesz nie spełnić. I tak właśnie postępowałam przez całe moje życie, również zawodowe.
Niektóe rzeczy zmieniły się jednak po tym, jak moja córka zaczęła studia Katowice i poznawała coraz więcej osób. Opowiadała mi zawsze o tych wszystkich znajomościach, relacjach, mężczyznach czy koleżankach, streszczała ich historie, a ja cieszyłam się, że moja jedynaczka ma przyjaciół, z którymi może się spotykać, pogadać, czy wśród których znaleźć w końcu wartego siebie chłopaka.
Któregoś razu, kiedy tak rozmawiałyśmy, opowiedziała mi o swojej koleżance, która studiuje administracja Katowice i która, kiedy dowiedziała się, gdzie ja pracuję, zaczęła męczyć moją córkę o to, żeby prosiła mnie, żebym załatwiła jej praktyki, staż albo najlepiej płatną posadę u nas w urzędzie. Spojrzałam na moją Magdę trochę zdziwiona. Przez tyle lat pracy chyba jeszcze nie spotkałam się z taką prośbą, no bo zawsze były jakieś nieprzekraczalne granice i nikt nigdy nie był aż tak pewny siebie, żeby pytać mnie o coś takiego. Wytłumaczyłam mojej córce, że nigdy nie robiłam takich rzeczy i nie zrobię wyjątku dla jej koleżanki. Jeśli chce, może przyjść do nas i zapytać o staże i tego typu rzeczy, potem złożyć CV i wykorzystać swoją szansę na rozmowie kwalifikacyjnej. Córka przyznała mi rację i przeprosiła, że w ogóle zawraca mi głowę. Dodała potem, że teraz każdy tak załatwia sobie start w przyszłość i nie ma w tym już nic gorszącego. „Trzeba sobie jakoś radzić, mama.” - tak właśnie mi powiedziała, a ja trochę się zdziwiłam, no bo do czego to doszło? Mam rozumieć, że bez znajomości już nic się nie uda? Albo uda, ale na tyle późno, że wszyscy inni będą już kilka kroków naprzód? Tak teraz wyglądać ma życie i kariera naszych dzieci? Trochę przerażająca perspektywa, naprawdę.
piątek, 28 grudnia 2012
sobota, 22 grudnia 2012
Chleb za złoty trzydzieści.
Każdy wie, że studia Katowice to nie jest bułka z masłem i prawdziwy parkour, jeśli chodzi o dbanie o swoje finanse. Pogodzenie imprez ze studiowaniem i dbaniem o to, żeby mieć na jedzenie, jest najcięższą rzeczą, jaka przydarza się każdemu człowiekowi. Ale z drugiej strony, to jest potrzebna wszystkim szkoła życia.
No i przez to wszystko wiem teraz, gdzie w moim mieście są najtańsze sklepy, a w którym są najtańsze produkty, które można kupić i które są mnie najbardziej potrzebne. Na przykład zupy instant, pieczywo i ser. Ostatnio spieszyłam się do domu i przypomniało mi się, że nie kupiłam chleba na śniadanie, a wiedziałam też, że nie będę miała później okazji, żeby skoczyć po coś, bo byłam umówiona ze znajomymi. Z braku laku zaszłam do sklepu w samym centrum miasta i wybrałam jakiś dobrze wyglądający chleb, z jakimiś ziarnami, już pokrojony (znaczy nie trzeba będzie się męczyć). Poszłam do kasy, a tam kasjerka nie mogła znaleźć tego kodu, który jest potrzebny. W końcu któraś z jej koleżanek jej pomogła i okazało się, że chleb kosztuje złoty trzydzieści. Chleb. W sklepie w centrum miasta i to w dodatku w jakichś delikatesach.
Kiedy opowiedziałam to przyjaciołom z pedagogika Katowice, nie mogli uwierzyć i jak już wypili trochę, to nawet chcieli pójść tam i sami sprawdzić, bo uważali, że kłamię tylko po to, żeby się przed nimi popisać. No ale pokazałam im paragon, no bo błagam, ja przecież nigdy nie kłamię. Bez przesady. Wszyscy serio byli zdziwieni i zastanawialiśmy się, w jaki sposób to może się opłacać komukolwiek. To znaczy produkowanie takiego chleba też kosztuje, a on nie był jakiś nazwyklejszy i najgorszej jakości. Trzeba byłoby zapytać kogoś, kto pracuje w tym biznesie, jak to jest możliwe.
A co najlepsze z tej jakże interesującej historyjki: chleb był super. Znaczy naprawdę, przyszłam ze spotkania do domu w nocy, więc od razu położyłam się do łóżka. Ale za to na śniadanie miałam czas, żeby przygotować sobie coś do jedzenia i chleb okazał się niesamowity. Naprawdę pycha. I to za złoty trzydzieści. Nigdy w życiu, mieszkając tu już kilka lat, nie spodziewałabym się, że takie rzeczy można spotkać. Przyzwyczaiłam się do kupowania w supermarketach, a może trzeba od czasu do czasu sprawdzać, co jest w osiedlowych dyskontach? Czasami można tam znaleźć ciekawe perełki. Może niedługo znajdę wino za siedem złotych? Albo coś równie super.
No i przez to wszystko wiem teraz, gdzie w moim mieście są najtańsze sklepy, a w którym są najtańsze produkty, które można kupić i które są mnie najbardziej potrzebne. Na przykład zupy instant, pieczywo i ser. Ostatnio spieszyłam się do domu i przypomniało mi się, że nie kupiłam chleba na śniadanie, a wiedziałam też, że nie będę miała później okazji, żeby skoczyć po coś, bo byłam umówiona ze znajomymi. Z braku laku zaszłam do sklepu w samym centrum miasta i wybrałam jakiś dobrze wyglądający chleb, z jakimiś ziarnami, już pokrojony (znaczy nie trzeba będzie się męczyć). Poszłam do kasy, a tam kasjerka nie mogła znaleźć tego kodu, który jest potrzebny. W końcu któraś z jej koleżanek jej pomogła i okazało się, że chleb kosztuje złoty trzydzieści. Chleb. W sklepie w centrum miasta i to w dodatku w jakichś delikatesach.
Kiedy opowiedziałam to przyjaciołom z pedagogika Katowice, nie mogli uwierzyć i jak już wypili trochę, to nawet chcieli pójść tam i sami sprawdzić, bo uważali, że kłamię tylko po to, żeby się przed nimi popisać. No ale pokazałam im paragon, no bo błagam, ja przecież nigdy nie kłamię. Bez przesady. Wszyscy serio byli zdziwieni i zastanawialiśmy się, w jaki sposób to może się opłacać komukolwiek. To znaczy produkowanie takiego chleba też kosztuje, a on nie był jakiś nazwyklejszy i najgorszej jakości. Trzeba byłoby zapytać kogoś, kto pracuje w tym biznesie, jak to jest możliwe.
A co najlepsze z tej jakże interesującej historyjki: chleb był super. Znaczy naprawdę, przyszłam ze spotkania do domu w nocy, więc od razu położyłam się do łóżka. Ale za to na śniadanie miałam czas, żeby przygotować sobie coś do jedzenia i chleb okazał się niesamowity. Naprawdę pycha. I to za złoty trzydzieści. Nigdy w życiu, mieszkając tu już kilka lat, nie spodziewałabym się, że takie rzeczy można spotkać. Przyzwyczaiłam się do kupowania w supermarketach, a może trzeba od czasu do czasu sprawdzać, co jest w osiedlowych dyskontach? Czasami można tam znaleźć ciekawe perełki. Może niedługo znajdę wino za siedem złotych? Albo coś równie super.
środa, 12 grudnia 2012
Iść do spożywczego i wydać miliony.
W czasach kryzysu i niepewności oraz stałego zamartwiania się o przyszłość (tak, super, właśnie kończę studia Katowice, ciekawe, jak będzie z pracą), należy zastanowić się nad swoimi codziennymi wydatkami i spróbować skonfrontować rzeczywiste potrzeby z tym, ile wydajemy w sklepie. Mieszkam w Katowicach już ładnych parę lat, bo chodziłam tu też do liceum, muszę utrzymywać się sama i chociaż do tej pory imałam się samych dorywczych prac i jakoś mi to pokracznie wszystko wychodziło, to teraz wypadałoby w końcu poszukać pracy w wyuczonym zawodzie (pozdrawiam, fizjoterapia Katowice, ciekawe, co znajdę w tym mieście po tych studiach). No i muszę oszczędzać teraz, żeby mieć jakieś pieniądze w razie niespodziewanie przedłużonego pozostania na bezrobociu.
Ostatnio zastanawiałam się, ile wydaję np. na jedzenie. Staram się kupować w supermarketach, bo to zawsze jest taniej, każdy to wie, no i liczba produktów do wyboru jest znacznie większa, przez co możemy się zastanowić, czy faktycznie jest sens wydawać 10 zł na mini mozarellę, czy możemy kupić taką za 4 zł i będzie taka sama. Mimo tego, że generalnie kupuję w dużych sklepach, to jednak wychodzi tak czasem, że czegoś mi zabraknie i zamiast jechać autobusem, a potem stać w gigantycznych kolejkach, to schodzę do osiedlowego i kupuję pudełko ryżu albo kilogram ziemniaków.
Odkąd zaczęłam zwracać większą uwagę na ceny, to muszę powiedzieć, żę dopiero teraz mnie uderzyło to, jak bardzo ci mali przedsiębiorcy z własnymi biznesami wygórowują ceny. Ale to jest aż niepojęte, dochodzi do trzech razy w górę! Nie wiem, jak to jest możliwe, że nikt się takimi sprawami nie zajmuje, przecież za drobne zakupy w takim sklepiku można zapłacić milion złotych, a wyjdzie się z małą reklamówką najpotrzebniejszych rzeczy. Wiadomo, że pieczywo czy warzywa są lepsze w takich sklepikach, bo świeże i mamy większą pewność, że naturalne. Ale czy kawa albo makaron muszą być tak bardzo drogie? Przecież to wyzysk. Już wiem, dlaczego starsze panie tłuką się z siatkami w autobusach, ich zwyczajnie nie stać na to, żeby kupować pod domem, więc muszą organizować całe wyprawy do hipemarketów. Boże, co z tym krajem się stało.
Ostatnio zastanawiałam się, ile wydaję np. na jedzenie. Staram się kupować w supermarketach, bo to zawsze jest taniej, każdy to wie, no i liczba produktów do wyboru jest znacznie większa, przez co możemy się zastanowić, czy faktycznie jest sens wydawać 10 zł na mini mozarellę, czy możemy kupić taką za 4 zł i będzie taka sama. Mimo tego, że generalnie kupuję w dużych sklepach, to jednak wychodzi tak czasem, że czegoś mi zabraknie i zamiast jechać autobusem, a potem stać w gigantycznych kolejkach, to schodzę do osiedlowego i kupuję pudełko ryżu albo kilogram ziemniaków.
Odkąd zaczęłam zwracać większą uwagę na ceny, to muszę powiedzieć, żę dopiero teraz mnie uderzyło to, jak bardzo ci mali przedsiębiorcy z własnymi biznesami wygórowują ceny. Ale to jest aż niepojęte, dochodzi do trzech razy w górę! Nie wiem, jak to jest możliwe, że nikt się takimi sprawami nie zajmuje, przecież za drobne zakupy w takim sklepiku można zapłacić milion złotych, a wyjdzie się z małą reklamówką najpotrzebniejszych rzeczy. Wiadomo, że pieczywo czy warzywa są lepsze w takich sklepikach, bo świeże i mamy większą pewność, że naturalne. Ale czy kawa albo makaron muszą być tak bardzo drogie? Przecież to wyzysk. Już wiem, dlaczego starsze panie tłuką się z siatkami w autobusach, ich zwyczajnie nie stać na to, żeby kupować pod domem, więc muszą organizować całe wyprawy do hipemarketów. Boże, co z tym krajem się stało.
piątek, 7 grudnia 2012
Jesień w mieście wcale nie jest tak przyjemna
Jesień w mieście wcale nie jest tak przyjemna, jak niektórzy mówią. Okej, jest mnóstwo ładnych kolorów na dworze, te całe gadki o złotej polskiej jesieni akurat w tym roku okazały się prawdą, ale błagam – komunikacja miejska w czasie jesieni jest największym koszmarem świata. Człowiek się musi wpychać, wszędzie mokre parasolki (ostatnio cierpimy na duże natężenie ulewnych deszczy), zaparowane okulary. A tutaj a to pojedź do urzędu, a to podyplomowe studia Katowice na drugim końcu miasta, a to zakupy na obiad dla rodziny, a to załatwianie tysiąca pobocznych spraw, no i oczywiście na koniec wieczorami praca. Dzięki Bogu, udało mi się załatwić pracę zdalną z domu, bo jeszcze przy małym dziecku to w ogóle byłoby to wszystko niemożliwe do pogodzenia ze sobą.
To znaczy oczywiście, kocham swoje miejsce i cieszę się, że stąd pochodzę: każdy kąt to jakieś wspomnienia, zawiązane jeszcze w przedszkolu przyjaźnie, no i oczywiście te z czasów młodości i finanse i rachunkowość Katowice, które przetrwały do dziś i spotykamy się w naszych ulubionych knajpkach raz na jakiś czas, tych samych, do których chodziliśmy na studiach. Jakoś to wszystko się kręci, dzień za dniem. Chodzenie do tych samych sklepów, gdzie starsze ekspedientki pamiętają mnie jeszcze z czasów, kiedy nielegalnie kupowałam papierosy i błagałam, żeby nie powiedziały mamie (mieszkam z rodziną na tym samym osiedlu, na którym mieszkałam od urodzenia). No cóż, jakby nie patrzeć, to wszystko ma niesamowite pokłady jakiejś dziwnej magii i nostalgii w sobie, ale naprawdę, czasem myślę sobie, że muszę namówić mojego męża na przeprowadzkę gdzieś indziej. Może autobusy w Krakowie nie są aż tak zatłoczone? Może ludzie sią milsi, a warunki pracy lepsze? Wprawdzie nie ma nic tak zabawnego i poprawiającego humor jak rozmowy z katowickimi żulami koło przystanku autobusowego, ale może gdzieś są i inni, którzy są tak samo śmieszni?
Z drugiej strony, chciałabym, żeby moje dziecko wychowywało się w mieście, które znam jak własną kieszeń i wyniosło podobne do moich przeżycia. Nie mówiąc już o tym, że byłoby zupełnie niesamowicie, kiedy mogłoby opowiadać podobne historie swoim dzieciom, siedząc w którymś z mieszkań na tym samym osiedlu, na którym mieszkała ich babka i móc opowiadać historie o matce sąsiadki z przeciwka. No cóż, w Warszawie czy Krakowie nie byłoby takiej możliwości, niestety.
To znaczy oczywiście, kocham swoje miejsce i cieszę się, że stąd pochodzę: każdy kąt to jakieś wspomnienia, zawiązane jeszcze w przedszkolu przyjaźnie, no i oczywiście te z czasów młodości i finanse i rachunkowość Katowice, które przetrwały do dziś i spotykamy się w naszych ulubionych knajpkach raz na jakiś czas, tych samych, do których chodziliśmy na studiach. Jakoś to wszystko się kręci, dzień za dniem. Chodzenie do tych samych sklepów, gdzie starsze ekspedientki pamiętają mnie jeszcze z czasów, kiedy nielegalnie kupowałam papierosy i błagałam, żeby nie powiedziały mamie (mieszkam z rodziną na tym samym osiedlu, na którym mieszkałam od urodzenia). No cóż, jakby nie patrzeć, to wszystko ma niesamowite pokłady jakiejś dziwnej magii i nostalgii w sobie, ale naprawdę, czasem myślę sobie, że muszę namówić mojego męża na przeprowadzkę gdzieś indziej. Może autobusy w Krakowie nie są aż tak zatłoczone? Może ludzie sią milsi, a warunki pracy lepsze? Wprawdzie nie ma nic tak zabawnego i poprawiającego humor jak rozmowy z katowickimi żulami koło przystanku autobusowego, ale może gdzieś są i inni, którzy są tak samo śmieszni?
Z drugiej strony, chciałabym, żeby moje dziecko wychowywało się w mieście, które znam jak własną kieszeń i wyniosło podobne do moich przeżycia. Nie mówiąc już o tym, że byłoby zupełnie niesamowicie, kiedy mogłoby opowiadać podobne historie swoim dzieciom, siedząc w którymś z mieszkań na tym samym osiedlu, na którym mieszkała ich babka i móc opowiadać historie o matce sąsiadki z przeciwka. No cóż, w Warszawie czy Krakowie nie byłoby takiej możliwości, niestety.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)