środa, 10 kwietnia 2013

Walk of shame.




Kiedyś mój brat opowiadał mi o takich rzeczach. Kiedy on wracał z imprez, będąc na swoich studia Katowice, wprawdzie termin „walk of shame” nie funkcjonował jeszcze (mój brat jest sporo starszy), ale zawsze było tak, że wracanie nad ranem z imprezy albo wczesnym rankiem od kogoś z mieszkania, było taką czynnością, którą najlepiej robiło się szybko i opłotkami, żeby przez przypadek nikt ze znajomych nas nie zauważył.
Wydaje mi się, że walk of shame w naszej kulturze zaczął funkcjonować tak naprawdę wtedy, kiedy zrobił się ten wielki boom na amerykańskie seriale, no i jakoś wszyscy chcieliśmy być tak samo super jak ich bohaterowie, zaczęliśmy przejmować trochę z ich powiedzonek. Przynajmniej moje pokolenie, bo odkąd studiuję na kierunku fizjoterapia Katowice, to takie terminy funkcjonują i moi znajomi używają ich naprawdę nagminnie.
W każdym razie może nie powinnam się tym za specjalnie chwalić, ale ostatnio ja miałam swój własny walk of shame, w sobotę o 7:00 rano przez centrum miasta. Piątkowa impreza trochę się wydłużyła, a potem jeszcze poszłam do mieszkania mojego znajomego i zasiedziałam się po prostu. Wyglądałam rano jak małe zombie: resztki makijażu, poczochrana głowa, no i wracałam sobie spacerkiem do domu, czując orzeźwiające poranne powietrze. I kogo spotkałam? Koleżankę mojej mamy, jak wyszła z psem na spacer. Serio. Ja wracałam do swojego mieszkania po babci i miałam nadzieję, że mój walk of shame przejdzie bez echa, rodzice mnie nie zobaczą, blablabla. No ale zobaczyła mnie pani Ania która pracuje jako prawnik w Łodzi. Pewnie niedługo zadzwoni moja mama i zapyta, jak się bawiłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz