To już oficjalne. Tak bardzo oficjalne, że nie da się tego odwołać, a nawet, gdyby ktoś chciał, to po prostu nie będzie w stanie. Otóż: skończył sezon picia plenerowego. Nie muszę chyba mówić, jak mocno boli mnie z tego powodu serce, bo to chyba był zawsze ulubiony rodzaj imprez i mój, i wszystkich znajomych ze studia Katowice. Zawsze było taniej, przyjemniej, oczywiście nie mówiąc nawet o tym, jakie przygody zawsze nas spotykały, kiedy wypuszczaliśmy się gdzieś w miasto albo za miasto i imprezowaliśmy na powietrzu. Zawsze coś zabawnego i zawsze coś, co potem było tematem numer jeden na zajęciach.
Ostatnio jednak wybraliśmy się gdzieś do mało uczęszczanego parku miejskiego, żeby posiedzieć trochę i wypić wino (okej, parę win), no i nikt nie przewidział, co się stanie. Bo cały dzień było w miarę ciepło, ale wszyscy zapomnieli chyba, że robi się coraz zimniej i zimniej, i w nocy może być faktycznie bardzo zimno. To znaczy, okej, była jedna koleżanka z pedagogika Katowice, która od początku mówiła, że to zły pomysł, bo wszyscy potem będziemy chorzy i może lepiej będzie pójść do knajpy. Jak można przewidzieć, nikt się na to nie zgodził, bo uważaliśmy, że „na pewno nie będzie aż tak źle, przecież nikt z nas nie ma pieniędzy na knajpy, bo jest koniec miesiąca".
Jezu, jacy my jesteśmy głupi! Po dwóch godzinach siedzenia praktycznie tyłki przymarzły nam do ławek, bo było już na minusie, a żadne z nas nie miało zimowej kurtki. Niby piliśmy wino, ale wcale nas nie rozgrzało i zasadniczo nie mieliśmy pojęcia, co robić. Nikomu nie chcieliśmy dać satysfakcji z tego, że byliśmy w błędzie, więc siedzieliśmy twardo i szczękaliśmy tylko zębami. Boże. Gdybym wiedziała, że potem będę mieć anginę, to biegłabym na nocny autobus i potem prędko do domu pod kołdrę. Ale nie, na autobus poszliśmy po trzech czy czterech godzinach i wszyscy na nas patrzyli jak na drżące sople lodu, bo każdy stękał, że zamarza i w ogóle co to będzie. Tuliliśmy się na końcu autobusu (który, pragnę tylko wtrącić, nawet nie miał włączonego ogrzewania) i czekaliśmy wszyscy na to, aż każde z nas będzie już o siebie i będzie mogło położyć się do łóżka.
Cóż, ta impreza kosztowała mnie 20 zł i potem następne 120, które musiałam przeznaczyć na antybiotyki. Najdroższy wieczór mojego życia, przysięgam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz