wtorek, 29 stycznia 2013

Projekt dla seniorów? To o nas!



Moja córka studiuje fizjoterapia Katowice i stale angażuje się w jakieś projekty albo mówi mi, co aktualnie dzieje się w mieście. Ostatnio powiedziała mi, że w ramach unijnego projektu jest akcja przeznaczona dla osób powyżej 55. roku życia! Obejmowała kilkudniowe szkolenia z zakresu pracy z komputerem, wycieczki, no różne atrakcje, które w sumie bardzo mnie ucieszyły, bo, ustalmy to, ja i mój mąż swoje studia Katowice skończyliśmy dość dawno temu i ze smutkiem muszę stwierdzić, że idealnie wpasowujemy się w przedział wiekowy tej akcji.
Udział w tym jest bezpłatny, bo dofinansowywany z Unii Europejskiej, a naprawdę program wygląda atrakcyjnie, no i opłacony jest catering, transport, potrzebne noclegi, no wszystko. A będziemy tez robić ciekawe rzeczy, bo ja np. nigdy nie miałam okazji tak naprawdę nauczyć się obsługiwać komputera (tzn. umiem wysłać maila i układać pasjansa, no ale to kropla w morzu), przewidziane jest też szkolenie na temat wolontariatu, które cieszy mnie chyba najbardziej, bo zawsze chciałam należeć do jakiegoś.
I widzicie? Teraz to wszystko to znak, że powinnam w końcu wziąć sprawy w swoje ręce, bo wiek „seniora” to nie jest koniec świata, a ja mogę robić jeszcze mnóstwo rzeczy. I tak właśnie powinno być. Teraz ten projekt, potem mogę zaangażować się w pomoc dzieciom czy inną pracę charytatywną. Czuję, że mam w sobie jeszcze mnóstwo energii, którą powinnam spożytkować, póki mam siłę i ochotę. Tak właśnie powinnam zrobić.
Mój mąż, chociaż na początku trochę sceptycznie nastawiony, teraz też się cieszy, że w naszym życiu w końcu coś będzie się działo. On jest w takiej samej formie jak ja i zawsze zastanawialiśmy się, co możemy zrobić, żeby nie zgorzknieć na stare lata. I proszę, teraz mamy odpowiedź na nasze udręki i bolączki. Zaczynamy działać!

środa, 16 stycznia 2013

Dlaczego nie potrafię zrozumieć ludzi?


Mój starszy brat zawsze mi powtarzał, że jak pójdę na studia Katowice, to poznam w końcu ludzi, którzy będą na moim poziomie i będziemy mieli w końcu o czym porozmawiać, i to będą ludzie z pasjami, którzy są ambitni, a nie nastawieni na imprezy i olewanie swojego życia tak, jak to było w liceum. Bardzo bym chciała, żeby w końcu się okazało, że mój brat ma rację.
To znaczy nie mówię, że nie mam znajomych, którzy są ambitni, zainteresowani tym, co się dzieje dookoła na świecie. Oczywiście, że ich mam. To grupa, z którą spotykam się najczęściej i z którą możemy porozmawiać naprawdę o wielu rzeczach: o literaturze, muzyce, kondycji współczesnej kultury, z którymi wymieniamy się przeróżnymi doświadczeniami i zachowujemy głowy otwarte na wszystkie nowe rzeczy, nie mamy tematów tabu i nie wstydzimy się mówić o niczym, mając jednocześnie do siebie duże zaufanie i wiedząc, że nasze sprawy nigdy nie wyjdą poza ten jeden krąg.
Mam jednak też znajomych, szczególnie na turystyka Katowice, którzy zupełnie inaczej postrzegają świat, a ja w ogóle nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Jedyne, co robią, to skupiają się na imprezowaniu (okej, my też imprezujemy, ale ciągle mam wrażenie, że mamy zupełnie inne pojęcie co do tego, czym jest impreza), robieniu ściag na zaliczenia i takim przewegetowaniu całej swojej młodości. Wychodzę z założenia, że teraz mamy czas na zainteresowania i pasje, na poszerzanie wiedzy o świecie, więc dlaczego oni tkwią w takim marazmie intelektualnym? Czy to może przynosić jakąkolwiek satysfakcję? Wydaje mi się, że nie.
Kiedy z nimi rozmawiam, często rezygnuję z zadawania jakichś głębszych i bardziej złożonych pytań, czy rozmowach na poważniejsze tematy. Oni nie dość, że czasem po prostu na niektóre nie mają nic do powiedzenia, bo nie wiedzą, o co mi chodzi, to jeszcze to ich po prostu w ogóle nie interesuje. Nie mają potrzeby wiedzy, jakiegoś pragnienia, by ciągle się czegoś uczyć. Uważają, że to zbędne. A w jaki sposób mają układać swoje osobowości, jeśli właśnie nie przez pozyskiwanie wiedzy? No jak? Przecież trzeba obserwować, zauważać niuanse, wyciągać wnioski. U nich tego brakuje, a ja zastanawiam się w sumie czasem, czy dzięki temu nie jest im w życiu łatwiej. Przecież eliminują wszystkie egzystencjalne rozterki i przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Bez zadawania zbędnych pytań. Może tak jest wygodniej? Ale czy wygodniej naprawdę oznacza lepiej?

wtorek, 8 stycznia 2013

Skończył się sezon na imprezy w plenerze.

To już oficjalne. Tak bardzo oficjalne, że nie da się tego odwołać, a nawet, gdyby ktoś chciał, to po prostu nie będzie w stanie. Otóż: skończył sezon picia plenerowego. Nie muszę chyba mówić, jak mocno boli mnie z tego powodu serce, bo to chyba był zawsze ulubiony rodzaj imprez i mój, i wszystkich znajomych ze studia Katowice. Zawsze było taniej, przyjemniej, oczywiście nie mówiąc nawet o tym, jakie przygody zawsze nas spotykały, kiedy wypuszczaliśmy się gdzieś w miasto albo za miasto i imprezowaliśmy na powietrzu. Zawsze coś zabawnego i zawsze coś, co potem było tematem numer jeden na zajęciach.
Ostatnio jednak wybraliśmy się gdzieś do mało uczęszczanego parku miejskiego, żeby posiedzieć trochę i wypić wino (okej, parę win), no i nikt nie przewidział, co się stanie. Bo cały dzień było w miarę ciepło, ale wszyscy zapomnieli chyba, że robi się coraz zimniej i zimniej, i w nocy może być faktycznie bardzo zimno. To znaczy, okej, była jedna koleżanka z pedagogika Katowice, która od początku mówiła, że to zły pomysł, bo wszyscy potem będziemy chorzy i może lepiej będzie pójść do knajpy. Jak można przewidzieć, nikt się na to nie zgodził, bo uważaliśmy, że „na pewno nie będzie aż tak źle, przecież nikt z nas nie ma pieniędzy na knajpy, bo jest koniec miesiąca".
Jezu, jacy my jesteśmy głupi! Po dwóch godzinach siedzenia praktycznie tyłki przymarzły nam do ławek, bo było już na minusie, a żadne z nas nie miało zimowej kurtki. Niby piliśmy wino, ale wcale nas nie rozgrzało i zasadniczo nie mieliśmy pojęcia, co robić. Nikomu nie chcieliśmy dać satysfakcji z tego, że byliśmy w błędzie, więc siedzieliśmy twardo i szczękaliśmy tylko zębami. Boże. Gdybym wiedziała, że potem będę mieć anginę, to biegłabym na nocny autobus i potem prędko do domu pod kołdrę. Ale nie, na autobus poszliśmy po trzech czy czterech godzinach i wszyscy na nas patrzyli jak na drżące sople lodu, bo każdy stękał, że zamarza i w ogóle co to będzie. Tuliliśmy się na końcu autobusu (który, pragnę tylko wtrącić, nawet nie miał włączonego ogrzewania) i czekaliśmy wszyscy na to, aż każde z nas będzie już o siebie i będzie mogło położyć się do łóżka.
Cóż, ta impreza kosztowała mnie 20 zł i potem następne 120, które musiałam przeznaczyć na antybiotyki. Najdroższy wieczór mojego życia, przysięgam.

czwartek, 3 stycznia 2013

Co z tymi Katowicami?

Ostatnio przeczytałam gdzieś w sieci, że istnieje taki magazyn, który nazywa się „Miasta" i publikuje rzeczy związane ścisło z urbanizacją przestrzeni i ogólnie z przestrzenią miejską. Dało mi to trochę do myślenia, bo zaczęłam się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim leżą moje Katowice, które zaczęłam eksplorować w momencie rozpoczęcia moich studia Katowice kilkanaście lat temu.
Teraz nadal tu mieszkam, tu mieszka mój mąż i moje dziecko, mamy swój dom w mieście i jesteśmy szczęśliwi. To dobre miejsce do budowania przyszłości. Niektórzy ciągle żyją dziwnym stereotypem, że Katowice to zagłębie spalin i przemysłu, gdzie nie idzie oddychać, nie mówiąc już o wychowywaniu dziecka, czy prowadzeniu zdrowego trybu życia, bo przecież dym jest wszędzie i nie ma opcji, że oddychamy czystym powietrzem. Cóż, może tak było, ze trzydzieści lat temu, bo na pewno nie teraz. Wszędzie są filtry na kominach i naprawdę spalin się prawie w ogóle nie odczuwa. Władze miasta dbają o rozwój, wszędzie jest zielono i naprawdę dużo, ale to dużo się dzieje.
No wystarczy wspomnieć o festiwalach muzycznych, które mają tu miejsce latem. Co też jest w sumie zabawne, bo dzięki takiemu eventowi odnowiłam kontakt z dwójką znajomych z prawo Katowice. Zadzwonili do mnie jakoś przed którymś z festiwali i powiedzieli, że wiedzą, że mieszkam tutaj i nie mam innego wyjścia, tylko muszę pozwolić im przenocować przez kilka dni, a oni obiecują, że w ramach takiej przysługi będą przez tydzień gotować mi obiady. Cóż, nie powiem, że nie byłam zaskoczona i trochę (na początku) zbulwersowana, że tak bez zapowiedzi i nagle, po kilku latach. Ale zgodziłam się. No i to była najlepsza decyzja, jaką udało mi się ostatnio podjąć, bo spędziłam cudowny tydzień ze znajomymi, z którymi tak dawno się nie widziałam (a dawniej zwykliśmy codziennie przesiadywać razem po kilka godzin z akademiku), nadrobiłam zaległości z rubryki „życie towarzyskie" moich dawnych przyjaciół i oczywiście, obowiązkowo, obiecaliśmy sobie odwiedzać się częściej.
Tak, też na początku wydawało mi się, że to tylko puste obietnice (wiadomo, jak to jest, potem albo się nie chce, albo proza życia utrudnia takie spotkania), ale okazało się zupełnie odwrotnie. Widujemy się regularnie, są ulubionymi ciotką i wujkiem mojego synka, i planujemy wyjechać wszyscy razem na wakacje. No i obowiązkowo zwołać większą ekipę na jakieś spotkanie po latach, żeby zobaczyć, czy jeszcze bylibyśmy w stanie rozpoznać się na ulicy.